poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Wymyśliłam sobie idealny plan

Chyba nikt nie zaprzeczy, że dzierganie jest moją wielką pasją. Mam wiele zainteresowań, robię mnóstwo rzeczy, niekiedy całkiem od siebie odległych i różnych, ale to właśnie dzierganie nazwałabym swoim głównym hobby. Poświęcam mu dużo czasu, energii i myśli, to pierwsza rzecz jaka przychodzi mi do głowy gdy ktoś pyta "czym się zajmujesz?". Dzięki dzierganiu mam swoją małą Chmurkę, więc farbowanie wełny, projektowanie wzorów czy fotografowanie produktów zdecydowanie wlicza się do tej pasji, bo wiadomo, nie obejmuje ona jedynie przekładania oczek. Oj tak, jestem dziewiarką, nie ma co do tego wątpliwości.

Mimo że ta pasja jest obecna w moim życiu na każdym kroku to nigdy nie odnajdywałam w sobie potrzeby otaczania się przedmiotami, które mniej lub bardziej do dziewiarstwa nawiązują. Nie podobają mi się kubki w sweterkach, plecione świeczki, torby, plecaki, ubrania z takim motywem, choć oczywiście skłamię jeśli powiem, że nic takiego nie mam. Bo mam ciepłe skarpetki z owcą i kłębkiem wełny, noszę płócienne torby z logo Julie Asselin, na ścianie wisi pięknie wyhaftowany obrazek z owcami od przyjaciółki. Ale przedmioty te muszą mi się po prostu podobać, tak obiektywnie. Sam motyw oczek czy drutów ani trochę mnie nie kupuje. Z tego samego powodu nie mam koszulek/plakatów/gadżetów dla fanów gier komputerowych, planszowych, Wiedźmina, Władcy Pierścieni, Harrego Pottera czy na przykład czegokolwiek od ulubionego wykonawcy (oprócz jego płyty:)). 
 
Nie lubię wypełniać swojej przestrzeni i życia takimi produktami, dlatego prawdopodobnie nigdy nie wydziergam chodniczka, poduszek (choć posiadam jedną, przecudnej urody, którą otrzymałam w prezencie!), abażurów, łapaczy snów czy obrusów - nie odmawiam im urody, ale to po prostu nie jest mój styl. Prawdopodobnie, bo kiedy zastosuję lubiany przeze mnie umiar to podejście może się zmienić. Ale warunkiem koniecznym jest by to co stworzę, to co postawię na stole czy powieszę na ścianie nie przytłaczało, pasowało do wnętrza i nie krzyczało zbyt głośnio "patrz!!! ja robię na drutach!" :). 
 
W gronie dziergających można obserwować mnóstwo przeróżnych gustów. Jedni kochają dzianinę w każdej formie, inni tylko i wyłącznie na sobie lub właśnie zupełnie na odwrót, są tacy co kochają szalone kolory i dyndające nitki, i Ci, dla których istnieją wyłącznie stonowane, klasyczne kolory i minimalistyczne kształty. Mimo że łączy nas pasja to nadal mamy swoje zdanie, charaktery i upodobania. I bardzo dobrze! Inaczej świat, nie tylko ten dziewiarski byłby wyjątkowo nudny.

Moje zdanie na temat przenoszenia motywu dziergania na każdy element wystroju czy ubrania już znacie, ale czemu właściwie poruszyłam ten temat? Bo dziergam obecnie coś, czego nigdy wcześniej nie planowałam! A mianowicie koc i do tego z kwadratów! Zastanawiacie się pewnie co w tym szalonego? :) A to, że po prostu za takimi kocami nie przepadam. Są dla mnie zbyt przytłaczające, za dużo się na nich dzieje, no po prostu nie trafiają w mój gust, nigdy nie chciałam mieć takiego w domu. To tak bardzo ogólnie oczywiście, bo koce i wzory są różne, ale tak się złożyło, że te kwadracikowe były na samym dole mojej listy ulubieńców :).
 
Co więc mnie skłoniło do zmiany zdania i co więcej - wzięcia sprawy w swoje ręce? Ten koc -klik! W zasadzie to on jeszcze nie powstał, a już mi się bardzo podoba... każdy kwadrat posiada taki sam, delikatnie ażurowy wzór, zaś kolory na tym zdjęciu pięknie ze sobą grają, no i ten beż na krawędzi! Miodzio :) Ale to jeszcze nie przesądziło sprawy. 
Obecnie posiadam dość napięty grafik i brak mi czasu na beztroskie szukanie wzorów czy projektowanie swoich własnych, na dodatek czekam na dostawę bazy do farbowania, więc nie mam gotowych motków na zaplanowany projekt (klik!). Skończyłam przed weekendem niedobry różowy sweter i zostałam z pustymi rękoma. I przyszło olśnienie! Dzierganie jednego kwadratu zajmuje maksymalnie dwa dni, jest to więc idealny projekt dla kogoś kto nie lubi, tak jak ja, mieć dwóch robótek na drutach, nie chce mieć pustych rąk i jednocześnie nie przepada za dzierganiem "wypełniaczy" w postacie próbek kolorów czy wzorów. Kwadraty będą powstawać szybko, choć sam koc dość powoli. Będę tworzyć kolejne elementy między jednym projektem a drugim, i żadne druty czy myśli nie będą zajęte nieskończonym projektem. Plan idealny!
 
Najważniejszy był dobór kolorów i wzoru. Oczywiście, podobnie jak Melanie, decyduję się wyłącznie na jeden ażurowy wzór, by koc był delikatny i romantyczny. Kolejny plus to wykorzystanie niewielkich kulek włóczki, które zostały po poprzednich projektach. Nie mam ich zbyt dużo, bo nie lubię gromadzić, a na dodatek ograniczam się w tym projekcie wyłącznie do odcieni przydymionego różu, beżu i zieleni, by wszystko ze sobą dobrze grało, ale na szczęście na start mam już kilka moteczków.
 
Jak widać jest to kolorystyka niemalże identyczna z moim Find Your Fade. Jeden kwadrat gotowy, drugi w odcieniach zieleni i różu zaczęty. Korzystam z tego wzoru - klik! Używam włóczek grubości fingering i drutów 3.5 mm. Powstał mi kwadrat o boku 23 cm.
 
Planuję zrobić niewielki koc, taki, który będzie leżał w salonie, na kanapie (o ile akurat będzie czas na różowo-zielony wystrój) i czekał aż komuś zmarzną nogi lub ramiona :). Ciekawa jestem jak długo zajmie mi skompletowanie odpowiedniej liczby elementów!

A jak jest u Was? Lubicie otaczać się "dzierganymi" przedmiotami? Dziergacie elementy wystroju domu, torebki, kapcie?

Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena

czwartek, 12 kwietnia 2018

Niedobry sweter, pracowita wiosna i spotkanie robótkowe

Ależ ostatnio jestem zabiegana! Nie chodzi mi tylko o pracę czy obowiązki - mój napięty grafik zawiera również wiele przyjemnych spraw. Niemniej czas mam zajęty od rana do wieczora, na szczęście w "obowiązki" wliczam zawsze zasłużony odpoczynek z książką, filmem czy Mateuszem na kanapie :).
Dzieje się u mnie wiele - od pracy na pełnych obrotach, przez domowe, remontowe sprawy, planowanie podróży życia, po szukanie nowego miejsca do farbowania, basen, ćwiczenia czy spotkania towarzyskie. I to nawet nie jest połowa. Uff!

Zaniedbałam odrobinę druty i bloga, dziergam niewiele i chyba dość wolno. Pamiętacie różowy sweterek z początku roku? 
 
Dłubałam i dłubałam, zmieniałam, prułam, poprawiałam, aż postanowiłam dać sobie spokój. Odłożyłam by spruć, ale postanowiłam najpierw ochłonąć. Sweterek był prawie gotowy, brakowało mu tylko rękawków i dekoltu, więc po kilku tygodniach leżakowania zamiast go spruć postanowiłam zrobić z niego klasycznego zwyklaka. Już prawie skończyłam, nie jest on niczym więcej niż kwadratem z rękawami, ale i takie mają swoje zastosowanie - są wygodne, klasyczne, codzienne. Jestem pewna, że będę w nim chodzić, bo po prostu takie lubię. A że nie ma w nim nic szałowego (choć taki był plan)? Cóż z tego! Jest mięciutki i różowy, to musi wystarczyć. 

Dziś pewnie zamknę oczka i będę musiała się zmierzyć z problemem "co dalej?". Jest plan na męski sweter, całkiem nowy projekt, ale póki co brak mi potrzebnego do kreatywnego myślenia czasu i lenistwa :) Nie lubię projektować na siłę, więc poczekam na odpowiedni moment, odpowiednią myśl i chęci. Wybiorę coś z listy ulubieńców na Ravelry i oddam się bezmyślnemu dzierganiu. Brzmi jak dobry plan, prawda? 

Całe to szaleństwo, które obecnie uprawiam wynika po części z faktu, że... uciekamy na koniec świata na ponad miesiąc! :) Do pracy (uzależnionej teraz bardzo mocno od daty wyjazdu), chęci rozwoju i codzienności doszło więc planowanie, załatwianie i organizacja wycieczek, noclegów, szykowanie, zakupy, szczepienia... W skrócie wszystko to co należy zrobić gdy jedzie się w tropiki na 35 dni i chce zwiedzić w tym czasie ze cztery kraje. Absolutnie nie mogę się już doczekać!
A gdzie lecimy? Chyba większość z Was wie z pewnego bloga (klik!), że rodzice mojego męża wyprowadzili się do Malezji (taka tam normalna sprawa:)). Jedziemy więc do nich, do Kuala Lumpur, które będzie stanowić naszą bazę wypadową. A w planach mamy podróż na Borneo, do Tajlandii, Singapuru i Indonezji (Jawa i Bali). O ludzie, ależ jestem podekscytowana. Nawet ten kilkunastogodzinny lot mnie nie przeraża tak bardzo jak sądziłam!

Zanim jednak ruszymy w daleki świat, w majówkę odwiedzimy rodzinną Ustkę, a w drodze powrotnej pojawimy się w Gdańsku, gdzie razem z dziewczynami z bloga Powłóczmy się organizujemy spotkanie robótkowe! Co Wy na to? Widzimy się? No powiedzcie, że tak! :) 

Spotkanie odbędzie się 6 maja w niedzielę, a wszystkie szczegóły - czas i miejsce - zostaną wkrótce ustalone i ogłoszone na facebooku, na stronie wydarzenia - klik! Śledźcie wydarzenie i dajcie znać czy będziecie. Liczymy na Was! Jak to jest zawsze na Chmurkowych spotkaniach, obecność jest obowiązkowa i każdy mile widziany. Jeśli nie macie facebooka, dajcie znać proszę tu, pod postem czy planujecie się z nami zobaczyć (tak, tak, planujecie). Mam nadzieję, że będę mogła się z Wami zobaczyć i wspólnie podziergać przy kawie!

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

wtorek, 3 kwietnia 2018

Lea

Niesamowite jak szybko udało mi się wydziergać projekt, nad którym myślałam tak absurdalnie długo! Po odłożeniu nieudanego projektu, który zajął mi cały styczeń i nie przyniósł nic w zamian, postanowiłam wydziergać niewielki, kobiecy sweterek, idealny do spódnicy, którą z obłędem w oczach wypatrzyłam w ulubionym sklepie (a do której, jak szalona, niemalże od razu poleciałam i dokupiłam buty:)). Czekając na pojawienie się jej na "półkach" już zaczęłam snuć plany, dobierać włóczkę, druty, ściegi. Zrobiłam wiele próbek i nabrałam niezliczoną ilość razy oczka, które po przerobieniu kilku centymetrów prułam bez żalu.
Były takie dni, że już naprawdę nieźle byłam zła na druty, na te walające się wszędzie skrawki prutej włóczki, próbki, które coś w sobie miały, ale nadal nie odpowiadały mi w stu procentach.
Ale udało się! Spojrzałam na wszystko od całkiem innej strony i ukazał się w mojej głowie wymarzony projekt.
Minęła chwila i już miałam wyliczone każde oczko i mogłam w końcu dziergać! A od nabrania oczek do ich zamknięcia minęło 12 dni!

Niemniej po wypraniu okazało się, że się rozpędziłam i musiałam (w dniu, kiedy planowaliśmy sesję:)) skrócić korpus o ponad 5 cm. Do sukienki czy spódnicy długość sweterka musi być niewielka, kończyć się trochę za talią, nie leżeć na biodrach. O taki efekt mi chodziło, więc bez marudzenia po prostu sprułam, przekładając sesję na inny, dogodny dzień.
Teraz czas na prezentację! Oto Lea, sweterek delikatny, kobiecy i romantyczny, wydziergany z myślą o tej jednej, wyjątkowej spódnicy (ale pasujący niemalże do każdej mojej sukienki), prosty i wygodny, którego jedyną, bardzo subtelną, ozdobą jest okrągły, ażurowy karczek:
 

Jestem bardzo zadowolona z doboru koloru! Może to i nieskromne, ale po prostu uwielbiam jak kolor Dancing Grass gra z barwami tych cudnych kwiatów i listków! :) Pasują do siebie idealnie. Przepadłam na rzecz sukienek i spódnic tej marki (dla zainteresowanych: Marie Zelie). Znacie mnie na tyle, by wiedzieć, że uwielbiam dziewczęce, romantyczne kroje, kolory i wzory - zwłaszcza te botaniczne!





Sweterek jest niewielki, na tyle krótki by nie psuł efektu rozkloszowanych spódnic czy sukienek, podkreślał talię i przy okazji był wygodny, nawet ubrany do spodni. 

Dziergałam z mojej własnej, ręcznie farbowanej włóczki Alpacino, w wyżej wymienionym kolorze - połączeniu beżu i bardzo spranej, jasnej zieleni. Zużyłam jej niewiele, dokładnie 1.79 motka, czyli około 720 metrów na rozmiar S. Absolutnie podtrzymuję swoje zdanie na temat tej bazy - rozkosznie miękka i delikatna, bez najmniejszego cienia podgryzania!
Wełna z alpaki niekiedy potrafiła mnie podgryzać - jestem okropnym wrażliwcem, zwłaszcza w okolicach szyi. Alpacino jest z innej planety, kto macał ten wie!:)

Lea dziergana jest od góry i bezszwowo. Umiejscowiłam niewielki pas ażuru w takim miejscu by móc nosić sweterek na gołe ciało i nie zdradzać zbyt wiele. Jednocześnie chciałam by był odrobinę kuszący, romantyczny i zdecydowanie kobiecy!

Rękawy i dół zakończyłam prostym i praktycznym podwójnym ściągaczem, dzięki czemu sweterek ładnie układa się na dole i nic nie odciąga uwagi od karczku.
Mimo chwilowego zwątpienia w wybrane przeze mnie miejsce na sesję, absolutnie nie żałuję! Zastanawiałam się jeszcze nad romantycznym, gęstym lasem, ale... ciężko o taki zaraz po ziemie:). Zdjęcia oczywiście wykonał Mateusz, który doskonale wie czego mi potrzeba. Mój wkład to jak zawsze obróbka (i pozowanie), którą absolutnie uwielbiam się bawić (nikomu nie oddam tej roboty!). Czasem tak niewiele trzeba by nadać fotografii wymarzony klimat! Mimo że nadal lubię fotografować to chyba ta część kręci mnie najbardziej.

Jestem ogromnie ciekawa co sądzicie! Lubicie takie niewielki, taliowane sweterki?

I na koniec ogłoszenie: teraz czas na testowanie! Jako że posiadam cudowną, stałą grupę testerek, nie każdy rozmiar jest "wolny", ale jeszcze mam parę wolnych miejsc! Jeśli masz ochotę na test mojego nowego projektu, proszę napisz do mnie na maila: welnianemysli@gmail.com z informacją, który rozmiar miałabyś ochotę przetestować (głównie większe rozmiary). Dziękuję!

Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena

wtorek, 20 marca 2018

Twill and Plain

Uwielbiam dzień publikacji wzoru! Od momentu nabrania oczek do kliknięcia guzika "publikuj" mija sporo czasu, trzeba wykonać mnóstwo pracy, wiele osób daje z siebie wszystko by stworzyć wzór, ulepszyć, poprawić, nadać ostateczny kształt, a wszystko po to by dzierganie było jeszcze przyjemniejsze :)

Mój najnowszy projekt "Twill and Plain" właśnie trafił do mojego sklepiku na Ravelry, i oczywiście również do Chmurki! Dostępny jest w dwóch wersjach językowych (polski i angielski).
 

Twill and Plain to sweter dziergany zdecydowanie inaczej, a wszystko to po to by osiągnąć wymarzony efekt i wpleść w niego kilka pasujących do siebie ściegów...


Musicie wiedzieć, że testowe sweterki przeszły moje najśmielsze oczekiwania, dziewczyny fachowo służyły mi radą przez cały okres testowania, wykonały kawał dobrej roboty, a jej efekty możecie podziwiać o tu: klik!

Dziękuję dziewczyny! Musicie wiedzieć, że bardzo doceniam to co robicie i z jaką precyzją dopieszczacie swoje projekty :)  Każdy Wasz Twill and Plain cieszy mnie ogromnie! To jedna z moich ulubionych rzeczy w projektowaniu wzorów - patrzenie jak mój wzór, w połączeniu z Waszym talentem i wyobraźnią (i wyborem włóczki!) zamienia się w piękne projekty!

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego dziergania!
Marzena

środa, 28 lutego 2018

Dzierganie po mojemu. Część 3.

W pierwszym poście z tej serii zrobiłam skrócony opis moich dziewiarskich zachowań (klik!). Dziś będzie o tym, który chyba najbardziej dziwi wśród grona dziergających, a przynajmniej takie jest moje doświadczenie :). Mowa tu o byciu monogamistką robótkową!

To, że zawsze dziergam jeden projekt na raz już wiecie. Pytanie - jak to robię? 
Oczywiście nie chcę nikogo przekonywać, bo to jest dla nas dobre, co sprawia NAM przyjemność, co jest zgodne z naszymi potrzebami i zainteresowaniami. Ale jeśli potrzebujesz choćby małej pomocy by uporządkować swój dziewiarski świat i bardzo chcesz stać się posiadaczką jednego "wipa" to zapraszam do lektury.

Odpowiedź na wyżej postawione pytanie jest u mnie bardzo proste - jak to robię? Bez problemu. Wynika to z mojego charakteru, silnej woli i osobistych potrzeb, to cecha, która nie tyczy się tylko dziewiarstwa, więc nie czuję się nigdy pokrzywdzona, nieszczęśliwa czy zdenerwowana z tego powodu. Wręcz przeciwnie, jest to dla mnie stan idealny, cała reszta przysparza mi mnóstwo przykrości i niezadowolenia. Postaram się mimo to przeanalizować to co mam w głowie, zebrać kilka istotnych powodów, zabiegów i odczuć, które wpływają na moje postępowanie, tym samym, mam nadzieję, podpowiem Wam jak radzić sobie w takich warunkach dla dziewiarki wcale nie oczywistych i naturalnych. 

Powiedziałam Wam kiedyś, że dziergam nie tylko dla samego dziergania, ale przede wszystkim dla WYdziergania. Dla mnie przerabianie oczek ma konkretny cel - chcę mieć daną rzecz! Nie posiadam więc żadnych projektów "wypełniaczy", które powstają wyłącznie po to by czymś zająć ręce. Mam mnóstwo innych zainteresowań i kiedy nie mam co dziergać, po prostu robię inne przyjemne rzeczy :). Odchodzą mi więc zalegające, rozpoczęte bez większego planu, robótki. 
W przypadku gdy nie mam naprawdę pomysłu co robić, a koniecznie muszę coś podziergać to znajduję wzór, który jest tym czego mi brakuje w szafie. Przykładowo nie miałam sweterka do sukienki, więc gdy miałam absolutną pustkę w głowie, zabrałam się za Sibellę (klik!), która była po prostu ładna i praktyczna - wiedziałam, że będę ją na pewno nosić. Zajęłam więc ręce i przy okazji stworzyłam sweter, który z rozkoszą teraz noszę.

Ale chyba najtrudniej się powstrzymać gdy zobaczymy nowy wzór... i serce zaczyna mocniej bić, prawda? Co wtedy? Tak jak wspomniałam mam silną wolę i jeśli widzę wzór, który skradł moje serce, to owszem, zachwycam się nim i planuję wydziergać, ale u mnie z zawsze jest to myślenie "jak tylko skończę obecny sweter, to ten jest następny!". Nie jest to wyrzeczenie, nie męczę się w oczekiwaniu na nowe, raczej jestem pełna ekscytacji, że już dokładnie wiem co mam narzucić na druty jak tylko jedne oczka zamknę. Jak jest moja rada? Starać się ochłonąć :) Jest piękny, owszem, ale przecież jak poczeka to nie straci nic a nic na swojej urodzie. Najlepiej na chwilkę o nim zapomnieć, bo zbyt częste chodzenie wokół pięknej rzecz, zbyt częste patrzenie i myślenie, sprawia, że zwyczajnie powszednieje.

Gdy zaczynam planować dany wzór to, jak każda dziewiarka, chodzę wokół włóczki, miziam, przeżywam, myślę o nim nawet w nocy, robię próbki, sprawdzam jakie kolory połączyć, a nabranie oczek to doprawdy cudowne uczucie :) I właśnie dlatego nie zaczynam nic innego w trakcie. Bo chcę by ten poziom zadowolenia nie spadł! Dziergam by wydziergać, jak najszybciej! Wiadomo - z czasem nasz entuzjazm przygasa, więc dziergam póki nadal we mnie jest go sporo. Potem taki sweter nosi się z wielką przyjemnością, nie z poczuciem "wymęczenia". Rośnie w oczach i każde oczko nadal cieszy, nawet to na rękawach (które swoją drogą lubię robić). 

Moja rada jest bardzo prosta - po prostu powstrzymaj się przed nabraniem oczek na coś nowego, nawet jeśli mówisz sobie, że to tylko mała próbka, tak aby sprawdzić kolor, czy wzór. Najlepiej totalnie zapomnieć o innych sprawach i wpaść po uszy tylko w ten jeden jedyny projekt i czerpać z niego tyle ile się da!
Nie zaczynam również nic nowego póki nie zblokuję, nie pochowam nitek, nie zszyję. To ta najmniej przyjemna część dziergania, ale ulga gdy zrobimy to od razu jest niesamowita.

Jakie są plusy takiego powstępowania? Przede wszystkim nic mnie nie męczy, nie zerka z koszyka z wyrzutem, nie zalega, nie zajmuje miejsca w domu i w głowie. Czuję się spokojna i uporządkowana. Jako urodzona minimalistka lubię gdy otacza mnie mało rzeczy.

Po drugie, równie ważne w sumie, bardzo szybko kończę projekt i mogę się nim cieszyć! Dziergając jedną rzecz mamy bardzo szybki postęp w pracy, nie ma czasu na nudę i zniechęcenie nawet do morza prawych oczek. A jeśli coś mi nie pasuje, to pruję od razu (tak jak w przypadku swetra, który ostatnio dziergałam... ale o tym innym razem), nie czekam na żadne przyszłe oświecenie, nie mówię "może spodoba mi się za pół roku", bo tak właśnie gromadzi się niepotrzebne rzeczy w domu. 

Po trzecie - każdy projekt dziergam z przyjemnością. Nie robię nic na siłę, z obowiązku, z potrzeby wykończenia tego co zaczęłam x lat temu. Bardzo cenię każdy dzień i uważam, że hobby to ma być wyłącznie przyjemność (i wyzwanie!), a nie przykry obowiązek. 

Po czwarte. Nie zapominam. Nie mam potrzeby przeliczania robótki na nowo, przypominania sobie, który rozmiar robiłam czy też co miałam na myśli pół roku temu.

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, śmiało piszcie :) Jestem pewna, że część z Was absolutnie nie podziela mojego zdania - i dobrze! Byłoby nudno na tym świecie jakby każdy był taki sam. 

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

piątek, 16 lutego 2018

Nowy lokator Chmurkowej zagrody!

Uważam, że najbardziej zaskakujące kolory natura serwuje nam zimą. Zimą, która nie obsypała nas śniegiem, nie skuła lodem jezior, nie wygnała ptaków w ciepłe kraje. Taką zimą, która obecnie trwa - ciepłą, wilgotną, zamgloną. Wszystko na około wydaje się być ciche, szare i melancholijne, ale gdy spojrzymy na ten krajobraz w odpowiedni sposób, możemy odnaleźć doprawdy niezwykłe barwy. Drzewa, liście i trawy nie zostały potraktowane mrozem, nie przykrył ich śnieg. Wilgotne pnie uśpionych drzew nabierają nieokreślonych odcieni, gałązki krzewów, gładkie i błyszczące rumienią się z zimna, bezlistne korony na horyzoncie tworzą różowo-rdzawą mgiełkę, pięknie komponując się z zalegającymi poniżej suchymi, wysokimi trawami w spranym pomarańczowym kolorze. Niższa trawa, ta, która tworzy włochaty dywan pod nogami, szorstka i zahibernowana, niemalże nie posiada koloru i raczy nas trudną do nazwania mieszanką beżu i szałwii. Gdy dodamy do tego krajobrazu jeszcze jeden kolor, dla choćby niewielkiego kontrastu, przykładowo gładką taflę jeziora, która odbija pochmurne niebo, a gdzieś daleko, zacieniony zarys góry, to ja wprowadzam się od razu, choćby tylko z kocykiem i podusią pod pachą.
Wybaczcie mi ten podniosły ton. Zazwyczaj raczę takimi komentarzami tylko siebie samą i Mateusza, choć wypowiedzenie na głos tych myśli i opisanie wrażenia jakie robi na mnie otaczająca mnie natura, widoki, kolory, jest niezwykle trudne. Jako człowiek, który bez cienia wątpliwości nazwie się romantyczką, staram się nie opowiadać, tylko chłonąć i czerpać przyjemność z tego co widzę i czuję.

Dlaczego o tym piszę? Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od wełny. Wełny całkiem nowej i wyjątkowej, nad którą długo rozmyślałam. Gdy byłam już prawie pewna, że wiem co z nią zrobić wybraliśmy się z Mateuszem na długi spacer wokół zalewu Mietkowskiego (okolice Wrocławia) nie licząc na nic więcej niż zmęczenie i trochę świeżego powietrza. Znalazłam tam i jedno i drugie, ale na tym się nie skończyło. Tak. Znalazłam tam natchnienie, jakkolwiek podniośle to brzmi :) 
Zainspirowana barwami, klimatem, przepięknymi krajobrazami, fauna i florą tego niepozornego, zaskakującego miejsca, wróciłam wymęczona, ale i załadowana po brzegi pomysłami. I tak powstała nowa paleta kolorów dla... całkiem nowej bazy, która właśnie dziś ma swój debiut na Chmurkowych półkach!

Nie przedłużając przedstawiam Wam Alpacino, w zestawie siedmiu kolorów, inspirowanych nietypowym zimowym, rustykalnym krajobrazem, który miałam przyjemność zobaczyć!

Od lewej: Mulch, w bardzo nietypowym odcieniu, trudnym do nazwania i sfotografowania. Ma w sobie coś z rdzy i wiśni jednocześnie. Misty Dogwood, to kolor jaki udało mi się wypatrzyć wśród oddalonych, delikatnie zamglonych gałęzi dereni. Ten ciepły, sprany złoto-pomarańczowy to kolor zimowej trzciny, suchych traw, które otaczały jezioro, a nazywa się Windy Reed. Środkowy Pale Meadow, motek dosłownie muśnięty kolorem, który kojarzy mi się z wyblakłą, niemalże pozbawioną pigmentu łąką. Nad samym brzegiem jeziora odnalazłam trawy, krótkie i szorstkie, ułożone na ziemi przez wiatr w falujące kształty. Trawa wyglądała jakby ciągle była w ruchu! Zachwycił mnie ich niestandardowy kolor i tak powstał kolor Dancing Grass. On the Surface to delikatny, szaroniebieski kolor tafli jeziora i na koniec - Hilly Horizon, czyli barwa gór na horyzoncie. Zdjęcia miejsc, którymi się inspirowałam znajdziecie poniżej.

Alpacino to połączenie baby alpaki, jedwabiu i kaszmiru. Gdy postanowiłam wprowadzić nową włóczkę do sklepiku, myślałam o całkiem innych bazach, ale wszystko zmieniło się w ciągu kilku sekund, gdy moje palce zatopiły się w tym puchatym, delikatnym motku! 
Byłam przekonana, że nic mnie już nie zaskoczy miękkością, w końcu namiziałam się już mnóstwa luksusowych włóczek w swoim życiu. Ale tego się nie spodziewałam! Rzuciłam w kąt wszystkie inne plany, przepadłam, dałam się uwieźć, a teraz pozwolę i Wam się zatracić! Biorę całą winę na siebie :)

Dlaczego Alpacino? No chyba wszyscy wiedzą! Chodzi tu o oczywiście o tego znanego... parzystokopytnego zwierzaka!

Nowa baza wymagała ode mnie nowego spojrzenia i podejścia. Od Goat on the Boat różni się przede wszystkim włoskiem, który jest u alpaki czymś charakterystycznym. Włosek ten jest króciutki i tworzy wokół nitki subtelną mgiełkę. Podobnie jak w Anatolii od Julie Asselin, tak samo w Alpacino puszek ten otula, nadaje przytulności bez cienia podgryzania. Jestem w trakcie dziergania dla siebie (czyli człowieka wrażliwego na takie numery) sweterka i ciężko się powstrzymać by ciągle się nim nie otulać. Taki minus - robótka idzie zdecydowanie wolniej :)
 

 Jeśli macie ochotę, więcej informacji o nitce i jej wyglądzie znajdziecie na stronie produktu: klik!

By nie być gołosłowną mam dla Was też kilka kadrów z tego pięknego miejsca, byście na własne oczy mogli zobaczyć jego urok i móc odnaleźć w nich barwy, które tak mnie zainspirowały:
 
 
Tak jak pisałam, nowa baza zdecydowanie wymaga innego podejścia podczas farbowania, dlatego tym razem zrezygnowałam z kolorowych motków na rzecz solidów, które podkreślają fakturę, skręt i delikatnie rustykalny wygląd tej włóczki. Mówiąc solid mam na myśli jeden kolor, bez większych cieni i przejaśnień, ale to nie znaczy, że kolor jest płaski, jednolity. Uważam, że najpiękniejszy solid to taki, który wyróżnia każde oczko! Ciężko mi to opisać, ale chyba mam dobre porównanie - daje nam efekt "malowania kredkami", nie tworzy pasków czy plam tylko sprawia, że całość się mieni i sprawia wrażenie trójwymiarowości. Dla zobrazowania Alpacino w kolorze Peony, z którego dziergam nowy projekt:


Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do mojego sklepiku - klik! i zapytać co też sądzicie o nowej bazie i palecie kolorów? Czy i Wy dostrzegacie w tych kadrach barwy, które mnie zainspirowały? :)

Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena

piątek, 2 lutego 2018

Słowo klucz: detal

Detale są kluczowe. To one tworzą całość, choć często wielu z nas ich nie dostrzega. Pomijamy je myśląc, że przecież ten malutki wazon do niczego nie jest mi potrzebny, że to duże rzeczy tworzą nam wystrój i klimat. Moim zdaniem wcale tak nie jest. Jeśli pominiemy detale to reszta jest ładna, ale bez charakteru, jest pusto, zwyczajnie, "czegoś tu brak". Łatwo to zaobserwować gdy projektuje się w programie graficznym swoje mieszkanie, wstawia meble, maluje ściany - wszystko osobno absolutnie cudowne! Ale razem... jakoś tak smutno, coś nam jednak nie pasuje. Wystarczy zmienić uchwyty w komodzie, powiesić plakat, wstawić do wazonu kwiaty w pasującym kolorze, ułożyć książki na półce i nagle pokój ożywa! Detal nie przytłoczy, nie chodzi o zagracanie swojego otoczenia rzeczami, które będą łapać kurz. Detal to nie tylko przedmiot, ale i kolor, materiał, kształt i wykonanie. 

Na punkcie detali mam niezłego bzika, nic na to nie poradzę. Nieważne czy chodzi o wystrój w mieszkaniu, ubranie, dzierganie, fotografię, akcesoria czy w końcu pracę.
Czemu w ogóle o tym piszę? Bo chciałabym Wam dziś opowiedzieć o Chmurkowych etykietach, które dla jednych są tylko etykietami, a dla mnie tym detalem, który dopełnia całość! Czy nie przyjemnie jest otrzymywać zakupy bądź prezenty opakowane w piękny papier, zawinięte z pomysłem i dbałością? No właśnie.

Możecie się dziwić co też niezwykłego może być w zwykłym papierze. No tak, wygląd - ładnie zaprojektowany layout, czytelny, z odpowiednio dobranymi kolorami, pasujący do produktu. To było absolutnym priorytetem, aczkolwiek dla mnie to nadal było za mało :)

Trafiłam na ludzi, dla których papier jest rzeczą niezwykłą, tak jak dla dziewiarki niezwykła jest luksusowa, ręcznie farbowana, ekologiczna przędza. Ludzi z pasją i wiedzą, którzy drukowanie i pracę przemienili w sztukę. Miałam przyjemność być w ich pracowni kilka razy, za każdym razem byłam absolutnie oczarowana wystrojem, przedmiotami i pracami. A gdy ostatnio się tam wybrałam, zabrałam aparat, Mateusza i za pozwoleniem wykonaliśmy kilka kadrów z myślą, że absolutnie należy im się post na moim blogu!

Zapraszam do pracowni Paper Project, gdzie w bardzo nietypowy dla naszych czasów sposób, powstają Chmurkowe etykiety:
 
 
Musicie wiedzieć, że etykiety dla mojej wełny powstają przy użyciu najstarszej techniki druku zwanej letterpress. Polega ona na dociskaniu papieru do formy drukarskiej, a to wszystko na ponad 100 letnich maszynach drukarskich!
Po wykonaniu projektu graficznego tworzy się matrycę (formę), a potem - ręcznie przekładając karty papieru i smarując tłoki farbą - wprawia w ruch tę piękną maszynę tłocząc na papierze wzory i litery. Coś cudownego! Rękodzieło w najczystszej formie.

 Sama pracownia jest niezwykłe czarująca i inspirująca. Pełno tu historii, sztuki i... detali!
 

Po pierwszym drukowaniu postanowiłam ciut zmienić papier, na którym tłoczy się ubranko dla kozy :). Nadal pozostaliśmy w tym samym klimacie - złamana biel, matowy papier z delikatną fakturą, ale ostatecznie (po przejrzeniu mnóstwa próbek!) zdecydowałam się na grubszy, równie miły w dotyku, ale jakby lekko "plastyczny", bardziej elastyczny papier, który sprawdza się jeszcze lepiej:

 

  Każdy element Chmurkowej etykietki jest tłoczony!

Oddając projekt w ręce Ani i Krzyśka, wiedziałam, że doskonale zrozumieją zamysł - minimalizm, subtelność, przejrzystość, ale absolutnie w nienowoczesnej formie. Gdy dołoży się do tego sposób powstania, tłoczenia, kolory... Moja dusza jest usatysfakcjonowana :)

Możecie nazwać mnie wariatką, ale ja po prostu uwielbiam dbać o każdy szczegół, pracować z ludźmi z pasją i nietuzinkowym podejściem do życia i pracy, cieszyć oko najmniejszym detalem, posiadać przedmioty niezwykłe, z historią.

Na koniec jeszcze piękne "wrota" do Paper Project i mój Twill & Plain:

Pozdrawiam Was serdecznie!
Marzena