sobota, 24 czerwca 2017

Mieszkaniowe sprawy: sypialnia część 1

Trochę musieliśmy poczekać z kolejnym mieszkaniowym postem. Bez pośpiechu, w swoim rytmie urządzamy się dalej. Dziś będzie o kolejnych szalonych pomysłach i ich własnoręcznych realizacjach.

W końcu przyszedł czas na sypialnię, w której jednocześnie będzie się mieścić duże biurko z komputerami. Góra jeszcze do niedawna była w ogóle nieurządzonymi pokojami, z pomalowanymi na biało ścianami i położoną podłogą. I to by było na tyle, tak przez 2 lata. Oczywiście służyła nam za magazyn, bo szafy też nie mieliśmy. Kto by się przejmował? :)
Wiosną postanowiliśmy odpuścić letnie wakacje (kto zabroni zimą?) i w końcu wziąć się do roboty! Plan mieliśmy już w głowie od dłuższego czasu, troszkę go zmodyfikowaliśmy, przejrzeliśmy jak zawsze cały internet w poszukiwaniu inspiracji i już wiemy. Nie mam tym razem wizualizacji, choć projekt jakiś powstał. Ostatecznie wiemy już jak chcemy by wyglądała, nie ma tam większych skompilowanych konstrukcji i na szczęście nie trzeba postępować jak w przypadku projektu kuchni. To naprawdę było dużo pracy.

Przed meblowaniem czekało nas jeszcze kilka prac wykończeniowych. Przede wszystkim zająć się drewnianym słupem na środku pokoju. Początkowo był obudowany płytami kartonowo-gipsowymi, przez co zajmował więcej miejsca. Poza tym drewno jest o wiele ładniejsze od typowej ścianki, więc idąc za radą sprzedawcy, zdjęliśmy płyty i słupek prezentował się wtedy tak:


Zielony kolor to efekt użycia środków impregnujących, czy coś takiego. Wtedy się nim w ogóle nie przejęliśmy. Po dwóch latach prawie cała zieleń ustąpiła, ale były jeszcze widoczne gdzieniegdzie plamy.
Słupek należało oszlifować, bo był w stanie surowym - z mnóstwem nierówności i drzazg. Zabraliśmy się do tego ręcznie... i tego samego dnia Mateusz pojechał po szlifierkę oscylacyjną bo to byłby inaczej żart. Szlifierka się przyda, w końcu mamy dębowe blaty i stół:). Po jednym dniu roboty uzyskaliśmy taki efekt (plus pył w każdym możliwym miejscu):

Nie wygładzaliśmy go bardzo, drewno nadal jest matowe by było jak najbardziej naturalne. Nie chcieliśmy zmieniać za bardzo struktury czy zasłaniać słoi, zależało nam na rustykalnym, przytulnym efekcie, więc zdecydowaliśmy się na bejcę tak by zabezpieczyć drewno i przyciemnić do odpowiadającego nam koloru. Samo bejcowanie jest proste i moim zdaniem bezproblemowe. Z tego co pamiętam to kolor nazywał się jasny dąb. Zaraz po zakończonej pracy:

Po wyschnięciu pojaśniał trochę i teraz ma bardzo ciepły przyjemny dla oka kolor. Porównanie w trakcie bejcowania:

Zielone przebarwienia, które pozostały po szlifowaniu zostały również pokryte bejcą, tworząc ewentualnie ciemniejsze plamy, których i tak mnóstwo jest na słupku. Ostatecznie wcale ich nie widać.

Na tym zdjęciu w tle widać kawałek naszej szafy! 
Wiosną nie wytrzymaliśmy i kupiliśmy całe trzy metry szafy. Taka "mała" rzecz, a jak cieszy. Potem trochę żałowaliśmy, że już stoi, bo było z nią trochę zachodu przy kolejnej pracy... A co było następne? O ludzie! Wygłuszanie ściany.

Nasza sypialnia sąsiaduje z pomieszczeniem, w którym znajduje się piec grzewczy. Jako że nie sypialiśmy na poddaszu (jeśli już to latem, kiedy piec działa o wiele rzadziej), nie słyszeliśmy nic niepokojącego. Tej zimy jednak przyjechali do nas rodzice i przenieśliśmy się na materac, pod ową ścianę właśnie. To że ja nie mogłam spać to jedno (a słyszę każdy szmer i nie zasnę póki go nie usunę!), ale Mateusz miał dokładnie ten sam problem, a to człowiek, który zaśnie w każdych warunkach. Nie umieliśmy sobie wyobrazić by urządzić miejsce spania, z takim charczeniem, wyciem, terkotaniem za chyba wcale nie wygłuszoną ścianą. Decyzja szalona, ale konieczna. Trzeba było ten kawałek otulić wełną (mineralną! spokojnie!).

I że niby my nie postawimy ściany?! Ha! Oczywiście, że to zrobiliśmy, zajęło to swoje, mnóstwa nowych rzeczy musieliśmy się nauczyć, namęczyć, nadzwonić do taty, ale jest - stoi, piękna, równiusieńka. Poziomnica nie kłamie, pion jak nic. 

Jak widzicie jest to taki "kwadracik", który trzeba było wygłuszyć. Użyliśmy 7 cm wełny akustycznej. Póki co nic nie słyszę, czekamy na zimę. Myślę, że na pewno będzie lepiej.

Stawianie takiej ścianki po raz pierwszy jest może i trudne, ale jak widać możliwe. Chociaż trudne to chyba złe słowo. Upierdliwe. To dobrze opisuje ten proces. Wszystko było do zrobienia, wszystko oczywiste, ale że chcieliśmy dobrze, to walczyliśmy o każdy milimetr, równy kąt, krawędź. Nie ma fuszerki :) Wełna pyliła i gryzła, na zewnątrz gorąc, my w długich rękawach i maskach. Metalowe profile cięły Mateuszowi paluchy, krew sprawiała, że ledwo stałam na nogach. Normalny dzień z budowy.
Najgorsze było gładzenie i szlifowanie. Tego po prostu nie znosimy, bo ciągle chcemy poprawiać, wygładzać, wyrównywać, a że jednak wprawy nie mamy to czasem pogarszaliśmy sprawię i trzeba było od nowa. 

Jak już skończyliśmy to szaleństwo to wzięliśmy się za kolejne. Bo w sypialni postanowiliśmy odpuścić biel na ścianie i dodać odrobinę ciepła. 
Oczywiste jest, że beż beżowi nierówny, a kolor na ścianie musi być idealny. Fajnie, że można kupić malutkie próbniki farb i przetestować je w praktyce, kolor na opakowaniu czy próbnikach w sklepie to zupełnie coś innego. 

Nauczeni doświadczeniem podeszliśmy do malowania poważniej i żeby oszczędzić sobie frustracji i pracy, wybraliśmy dobrą lateksową farbę Beckersa (kolor: caffe latte) i równie dobre wałki (Anza). Różnica była naprawdę wielka! Farba sprawdziła się świetnie, rozprowadzała jak należy, nie mazała, nie ciągnęła. Idealna dla amatorów. I wałki szczerze polecam - nie brudzą, nie pozostawiają włosków na ścianie, co potrafi człowieka naprawdę zirytować, nie zużywają się szybko i mają fajną strukturę. To malowanie wspominam naprawdę dobrze, czego nie mogę powiedzieć o poprzednim niestety. Ale to właśnie na nim nauczyliśmy się wielu rzeczy, więc nie ma tego złego... Efekt prezentuje się tak:


 Widać tu, że słupek pojaśniał, w słońcu ma tak cieplutką miodową barwę. Bardzo mi się podoba!
I druga strona, z wnęką na szafę:

Ten kolor nie był moim głównym faworytem, chciałam coś jaśniejszego i bardziej szarego, ale Mateuszowi tylko ta kawa z mlekiem podpasowała. Nie była zła więc się zgodziłam i nie żałuję. Kolor jest przyjemnie miękki i delikatny. Nic a nic nie przyciemnił pokoju.

Można by pomyśleć, że to już koniec prawda? Że czas na meble (łóżko zamówione!!!). Ale nie, absolutnie nie. My mamy jeszcze jeden plan, jeszcze jedna, całkiem nowa praca nas czeka. Kto zgadnie co dziś do nas przyjedzie i czym zajmiemy się w tym tygodniu? No dawajcie, możecie poszaleć, wiecie już na co nas stać :)

Na koniec nasz cudny widok z okna. Kukurydza rośnie! Ale w czerwcu i lipcu chętnie oddałabym te trawy i zboża, w zamian za choćby ziemniaki. Mateusz mi się zakicha...

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

środa, 21 czerwca 2017

Dzierganie po mojemu. Część 2.

Dziś będzie kolejna część mini serii o tym, jak dziergam, czyli o mojej technice, przyzwyczajeniach i sposobach. Jeśli macie ochotę to zapraszam was do poprzedniego posta: klik!

Już jestem ciekawa Waszych komentarzy! Miło było podyskutować poprzedni razem, dowiedzieć się tylu nowych i ciekawych rzeczy. No to zaczynam!

Mieszanie motków.
Jestem leniwa i jeśli można zrobić coś łatwiej to na pewno skorzystam. Ale pod warunkiem, że to "łatwiej" wcale nie przyniesie ze sobą "gorzej". Dziergam wyłącznie z ręcznie farbowanych włóczek i wiem, że wystarczy by w jednym motku znalazło się odrobinę więcej jednego koloru a w gotowym udziergu po prostu będzie to widać. Mimo to wcale nie mieszam motków w co drugim rzędzie. Jeśli mogę to nie mieszam wcale, wszystko zależy od przewiniętej wełny. Zauważyłam, że motki najłatwiej porównuje mi się gdy już są przewinięte w kulki. Po drodze widać dokładnie jakie kolory przewijają nam się w wełnie, a gotowe kulki, które są już lekko wymieszane, łatwo porównać pod kątem jasności czy intensywności.
Jeśli motki różnią się od siebie zmieniam nitkę co parę centymetrów. Staram się dziergać w ten sposób z każdego motka, który chcę użyć. Oczywiście jeśli pojawia się coś niepożądanego jak biała plama, albo zbyt ciemny pasek, to pruję to i zmieniam motek ciut wcześniej. Niemniej nigdy nie jest to co drugi rząd, nie czułam takiej potrzeby, ale wiem, że u dziewczyn się sprawdza.

Dziergam ciasno.
Albo tak mi się przynajmniej wydaje. Trzymam mocno naprężoną nić, a przerobione oczko niemalże idealnie otacza drut. Nie mam żadnego problemu z za ciasnymi oczkami, jest tam wystarczająco luzu bym mogła spokojnie je przerabiać. Poza tym lubię drobne oczka! Podoba mi się to, że już przed blokowaniem wychodzą równe.
Ale ostatnio pokusiłam się jednak o troszkę luźniejsze próbki, które osiągam przez większe druty, a nie zmianę naprężenia nici - dzianina jest wtedy ciut inna. Wszystko zależy od tego na co akurat mam ochotę.
Czasami jednak staram się luźniej dziergać rękawy, bo w małych okrążeniach dziergam jeszcze ciaśniej (być może i Wy też tak macie), ale sprawia to, że muszę ciągle się pilnować by oczka były równej wielkości.

Długości określam w rzędach, nie w centymetrach.
Co to właściwie znaczy? Czasem słyszę, że ktoś dzierga dwa rękawy jednocześnie by wyszły takiej samej długości... chwila... To nie liczysz rzędów?:) Mam na tym punkcie bzika. Jeśli projektantka pisze "zrób 8 cm ściągaczem" to zrobię 8 centymetrów, następnie policzę rzędy i zrobię dokładnie tyle samo w innym miejscu. Ale co tam 8 cm! Będę liczyć rzędy choćby ich było tysiąc. Wszystko musi być takie samo, co do rzędu, czy oczka. Jeśli się pomylę o jeden to nie ma dramatu, ale na pewno nie mierzę wyłącznie centymetrem, bo przecież w zależności od tego jak ułożymy materiał, raz będzie dłuższy, a raz krótszy. Więc gdy mam zrobić otwory na rękawy, to one są zawsze identyczne! :) Oczy wypatrzę, ale policzę.
Pojawia się czasem w rozmowie argument, że w tym dzierganiu dwóch rękawów nie chodzi tylko o liczbę rzędów, ale też o takie samo napięcie nici (bo jak zrobimy jeden rękaw w maju, a drugi w grudniu to mogą być inne). Z pewnością jest to dobry argument, ale na szczęście nie mam z tym problemu, bo dziergam od razu oba, jeden za drugim. Nic nie leży pół roku.

Duże formy.
Jak mam coś dziergać to lubię gdy to coś jest duże. Z tego powodu mam tak mało czapek i rękawiczek (porównując się do Was:)). Priorytet mają swetry, które uwielbiam nosić i dziergać, a ostatnio odnajduję przyjemność w dzierganiu wielgachnych chust/kocyków na ramiona, ale nadal omijam szerokim łukiem te ozdobne, ażurowe - to nie mój styl. 
No ale przede wszystkim swetry - zawsze, wszędzie, każdej wielkości. Sami zresztą widzicie :)

Zamykanie oczek na rękawach musi być dokładnie takie samo.
Jak nie jest, to pruję i próbuję znowu. Jak naciągnę rękaw w miejscu zamknięcia oczek to musi stawiać taki sam opór jak w drugim. Muszą być identycznie elastyczne! Układają się wtedy tak samo, w ten sam sposób potencjalnie się rozciągną a i wpływa to na komfort noszenia.

Dopasowane rękawy.
Jak już o rękawach mowa... Rękawy w swetrze muszą być dopasowane. Nie obcisłe, krępujące, ale przy ciele. Nic nie może wisieć i dyndać, a mankiety w szczególności. Jeśli widzę wzór, który ma dużo luzu w tym miejscu to albo go odrzucam, albo modyfikuję. To są oczywiście moje osobiste preferencje, wiem też, że większość z Was (a może jednak nie?) woli by ten luz był większy. Ważne by było NAM wygodnie :). 

No to na dzisiaj tyle, ale mam jeszcze kilka rzeczy, którymi chętnie się podzielę w następnych postach. Koniecznie dajcie znać jak Wy to widzicie! Bo ile dziewiarek tyle sposobów prawda? :) Miło jest się od siebie uczyć.

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

wtorek, 20 czerwca 2017

Krok pierwszy, drugi i część trzeciego

Tak jak obiecałam wpadłam zdać relację z tego jak się dzierga Find Your Fade i pokazać jak moje kolorowe motki wyglądają w formie oczek. Na bieżąco pokazuję co tam u mnie na facebooku (klik!) i instagramie (klik!). 
Oczywiście czym dalej zagłębiam się we wzór, tym wolniej mi idzie. Liczba oczek rośnie nieubłaganie, nie ma na to rady. Póki co mam ich około 200, nawet nie czytam ile będzie na końcu :)

Krok pierwszy to zieleń - singiel, delikatny i bardzo podobny do Milisa. Ten krok wykonałam błyskawicznie!


Drugi krok to merynos, przyjemnie skręcony, w rustykalnym melanżu różu, zieleni, beżu i odrobiny brzoskwini. Bardzo podoba mi się to delikatne przejście między kolorami... nie widać żadnych pasków.


Teraz jestem w trakcie przerabiania beżowego motka - to również merynos, ale mocniej skręcony. Podczas dziergania tego koloru najwięcej musiałam pruć. Nie przez wzór czy wełnę. Przez nieuwagę po prostu. Ciągle robiłam coś nie tak, ale może tłumaczyć mnie wyjazd i dzierganie w pociągu. Może, ale nie musi :)
 

Jako że używam sześciu kolorów zamiast siedmiu, przedłużam trochę każdą sekcję i w innych miejscach robię mieszanie kolorów.

Przy okazji wariuję okropnie, bo nie mam pojęcia jakie bazy wziąć na start! Każda jest cudna, każda ma swoje zalety! Nie potrafię podjąć decyzji, zróbcie coś ze mną!

Na koniec Chmurkowe info:
wszystkie produkty i wzory w sklepiku są o 10% tańsze! Wystarczy tylko użyć kodu "chmurka" przy podsumowaniu zamówienia :) klik! Miłego dziergania!

Lecę dziergać dalej - kolejny kolor to drugi, tym razem delikatnie różowy melanż. Bardzo jestem go ciekawa.

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

środa, 7 czerwca 2017

Marzenia są po to... część trzecia. Czyli kolejny "pierwszy krok"!

Ach jak lubię tę moją malutką serię! Bo przecież każdy uwielbia jak się spełniają marzenia, prawda? Czy to te drobne, codzienne, na pozór błahe, czy też te na ogromną skalę, prawie niemożliwe! Jako że marzenia najczęściej nie spełniają się same, siadam i im pomagam jak mogę. I tak też jest tym razem...

Od zawsze pasjonowało mnie wszystko to co wiązało się z jakąkolwiek twórczością. Od dziecka lepiłam garnki w domu kultury, miski z papier mache, tworzyłam wraz z kolegami rzeźby z piasku, pisanki z sitowia, malowałam, rysowałam (choć nie tak dobrze jak mój brat i tato!) śpiewałam w chórach (z mamą!), tańczyłam gdzie się da, pisałam książki (o zgrozo). Potem przyszedł szał fotograficzny i robiłam już prawie tylko to. Pamiętam że mając lat paręnaście postanowiłam absolutnie nie iść na studia związane z pasją, bo przecież "to zniszczy oryginalność, to mnie wypali!". Ach te mądrości gimnazjalistów. No to poleciałam w inną stronę i wybrałam wojsko, bo chłopaczarą jestem okropną. Plany się zmieniły jak wiecie i zaczęłam studiować matematykę, którą rzuciłam na trzecim roku, by w końcu nie oszukiwać się, nie zmyślać i nie udawać, tylko pozwolić swojemu obłędowi się rozwijać. Obłęd przerodził się w Chmurkę, czyli oddałam się w końcu w ręce twórczości i pasji.

To szaleństwo,  którego skutkiem jest robienie na drutach, dotyczy wielu spraw. Jest to choćby ogromna chęć tworzenia wszystkiego samemu, planowania, dekorowania, malowania sobie obrazków na ścianę, tworzenie biżuterii, cudowanie i robienie kompozycji z kwiatów, projektowanie wzorów, szlifowanie, malowanie, stawianie ścianek, i wiele innych naprawdę przerażających moje otoczenie spraw. Naprawdę lubię robić to wszystko. Brak mi hamulców, które najczęściej krzyczą niektórym do ucha, że to szaleństwo, że po co Ci to, nie ma sensu, nie dasz rady. Jakkolwiek absurdalny wydaje się Wam mój pomysł, to ja i tak go wcielę w życie.
W mojej głowie kłębi się wiele marzeń, wiele pomysłów, ale wszystko to, na szczęście, opakowane jest w moją wersję "zdrowego rozsądku". Staram się realizować je na spokojnie i z głową, metodycznie, planując krok po kroku. Nie ulegam szałowi w tej sekundzie, w której się pojawił, bo pewnie nic by z tego nie wyszło, ale staram się ułożyć od razu plan działania. Tę cechę skutecznie pomaga mi szlifować Mateusz, który jest bardzo rozsądny i służy mi zawsze dobrą radą. Ja za to zarażam go moim zwariowanym myśleniem i bujną wyobraźnią :).

Gdy trzy lata temu otworzyłam Chmurkę, miałam w głowie wiele pomysłów i planów, ale przecież nie wszystko da się zrobić dobrze od razu, czasem trzeba poczekać na odpowiedni czas, sprawdzić się, nauczyć czegoś nowego. Ale to nie znaczy, że nie ulegam choćby odrobinę swojemu wewnętrznemu głosowi! 
Na pewno zauważyliście, że... niewysłowioną przyjemność sprawia mi wszystko to co ma związek z kolorami! Łączenie odcieni, mieszanie, odnajdywanie nowych, nazywanie ich. Nie mogę się oprzeć i ciągle szukam kolorystycznych inspiracji gdzie tylko się da. Bawię się barwami choćby przygotowując zdjęcia moich projektów, zmieniając wystrój w domu, albo gdy otwieram paczkę z nowymi motkami! Od razu szukam wzrokiem par pasujących do siebie. Lubię to naprawdę bardzo i czekam aż otworzą jakąś kolorystyczną uczelnię:).

Pomysł ten w głowie miałam od dawna, a w maju tego roku postanowiłam postawić swój pierwszy upragniony krok. W końcu będę mogła przelać (dosłownie) swoją wyobraźnię na to, co wielbię ogromnie od kilku lat, dać upust marzeniom, snom i ogromnej potrzebie obcowania z kolorami!

Postanowiłam stworzyć swoje własne barwy i odcienie, czyli zacząć ręcznie farbować włóczkę dla Chmurki! Dziś chciałabym się z Wami podzielić moim pierwszym krokiem, który przeobrazi się w docelową formę już latem!


Lubię działaś metodycznie, więc postanowiłam wybrać włóczki idealne, na jedyny rozsądny sposób, czyli w praktyce! Cenię sobie bardzo dobrą wełnę, miękkość i trwałość, więc wybór bazy na Chmurkowe półki to poważna sprawa :). Chciałabym zaoferować Wam coś niezwykłego, coś co i mnie oczaruje. A nie dowiem się tego, jeśli sama nie wezmę ich w łapki i nie przerobię na morze oczek. 

Chciałam użyć każdej bazy w jednym projekcie by mieć jak najlepsze porównanie. Każdy z tych sześciu precelków jest inny, mają różną strukturę, skład i grubość, choć wszystkie są fingeringami. Przy okazji mogłam przetestować te same odcienie i barwniki na różnych nitkach i nauczyć się ich, poobserwować i zapamiętać jak reagują.

Wybrałam do tych celów projekt idealny! Kto z Was nie widział Find your fade? Szal jest piękny, ogromny i po prostu mnie zachwycił! Jednocześnie przetestuje mnóstwo metrów każdej z potencjalnych baz, a dodatkowo mogłam spróbować swoich sił w jednobarwnych odcieniach jak i tych melanżowych. Same plusy.
Zamówiłam kilka baz, niektóre z nich posłużyły mi na 10 gramowe próbki, a po kilku dniach testów mogłam zafarbować swoje wymarzone motki na ten projekt. Początkowo wcale nie chciałam takich odcieni - miało być od miodu do słodkiego różu. Jak to najczęściej bywa olśnienie przyszło nagle i wybrałam botaniczne kolory, lekko sprane i rustykalne (Ola proponuje nazwę "różany krzaczor").


Są tu merynosy, jedwabie i kaszmiry. Włóczki gładkie, perliste, mniej lub bardziej skręcone. Ten projekt ujawni ich najlepsze strony i choć wiem, że decyzja będzie ciężka, to nie mogę się już doczekać. Obiecuję zdawać relację z postępów tak byście i Wy mogli zobaczyć jak włóczki oraz kolory sprawują się w robótce.  Szal zacznę niebawem, jak tylko zrobię rękawy w moim nowym sweterku.


Gdy tylko podejmę decyzję biorę się do pracy! Przebieram nogami, biegam, skaczę, tańczę, śnię o tym po nocach. No radość mnie rozpiera!

Życzę Wam pięknego dnia!
Marzena

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Publiczne dzierganie i o tym co nowe

Ależ mam ostatnio pracy! Intrygującej i przyjemnej, ale zajmującej naprawdę wiele czasu i energii. W wolnej chwili dziergam nowy projekt, czyli znowu "pracuję" :) Ale to akurat dodatkowo jest moją największą pasją, więc nie ma mowy o żadnym przemęczeniu. Dziergam projekt, którego chyba się po mnie nie spodziewacie - nadal jest to sweter, ale takiego jeszcze sama z własnej woli nie zaprojektowałam :) Czasem można zmienić zdanie, prawda? Włóczka to Fino London, w ciepłym, delikatnie melanżowym odcieniu szarości. Pokażę Wam odrobinkę:

Goździki to zdecydowanie moje ulubione kwiaty! 

Szykuję się również do testu Majuli, ale wzór, z racji innych obowiązków, powstaje powolutku, bez pośpiechu, ale myślę, że uporam się z nim w przeciągu tygodnia.

Z nowych rzeczy jeszcze... lecą do mnie nowe kolory Anatolii i Nuances, więc jeśli czekacie na te puchate moteczki lub gradienty, to możecie spodziewać się ich na dniach w sklepiku. Będę tylko potrzebować troszkę czasu na obfotografowanie ich. Pożyczcie mi kilka godzin :).

Po pracy zaś intensywnie planujemy sypialnie i przeszukujemy sklepu by znaleźć łóżko i materac idealny. Kto by pomyślał, że to będzie aż tak trudne. Na szczęście już się udało! Będzie też mała seria postów o tym co tam sobie na poddaszu wymodziliśmy i co jeszcze mamy w planach. Bo jak zawsze... wszystko własnoręcznie.

I na koniec mam dla Was informację, bardzo ważną! W sobotę jest Światowy dzień dziergania w miejscu publicznym, więc nie ma opcji, wychodzimy na miasto! 10 czerwca, w parku Mikołaja Kopernika we Wrocławiu (klik!) spotykamy się na całodniowym dzierganiu na świeżym powietrzu. Obecność obowiązkowa. Jak zawsze.

To co, widzimy się? :)

Pozdrawiam,
Marzena

wtorek, 30 maja 2017

Sealky

Lubię się czymś inspirować gdy dziergam. Albo lubię gdy to co wydziergam przywodzi mi coś konkretnego na myśl. Lubię również nazywać swoje projekty, choć nie zawsze jest to łatwe. Czasem muszę się naprawdę długo zastanawiać jakie imię powinien nosić mój projekt, by idealnie do niego pasowało. Każdy ma swoje małe wariactwo (ja mam ich naprawdę wiele!:)). 

Już nie pamiętam dokładnie jak to się stało, że stworzyłam z tego projektu moją morską opowieść - czy najpierw była inspiracja, a potem narzucenie oczek, czy jednak w trakcie dziergania przed oczami pojawiło mi się moje ukochane morze? Nie było to tak dawno, ale tak mi się to wszystko splata, że nie mam pojęcia :). 
Niemniej Sealky jest zdecydowanie morski. Nie marynarski! Morski. Bałtycki. Bo to morze uwielbiam najbardziej. No dobra, wcale nie widziałam na żywo każdego morza na ziemi, ale to nie umniejsza piękna Bałtyku, prawda? Lubię go zwłaszcza wiosną i jesienią, gdy na plaży jest pusto i cicho, na niebie wiszą nisko ciemne chmury, a morze albo jest wzburzone do granic możliwości, albo panuje flauta. Albo po prostu jest, obojętnie jakie!

Dlaczego Sealky (czyt. silki)? W tej krótkiej nazwie są ukryte aż cztery skojarzenia! Lubię bawić się słowami, tym razem było to małe wyzwanie, bo chciałam by nazwa pasowała do nadmorskiego klimatu, ładnie brzmiała i przede wszystkim by nie była zbyt powszechna. No wiecie, trzeba być oryginalnym. Zajęło mi to trochę czasu, odrzucałam wszelkie oczywistości (na Ravelry było już po kilkadziesiąt projektów o tym samym imieniu!), aż w końcu stworzyłam "neologizm". Wymieszałam trzy morskie słowa: sea, czyli morze, seal, czyli foka i selkie, mityczną celtycką istotę zmieniającą się w fokę, ze słowem silky (jedwabisty). Wiadomo, jedno skojarzenie do za mało :)

Po wydzierganiu tego sweterka wiedziałam jak należy go uwiecznić na zdjęciach. Miałam przed oczami kadry i kolory, bardzo chciałam trafić akurat na wymarzoną pogodę, ale brałam pod uwagę fakt, że pogoda średnio interesuje się moimi marzeniami. A tu niespodzianka! Dokładnie tak jak być powinno - lubię takie satysfakcjonujące sesje. Dla nas to nie tylko obowiązek, ale sama przyjemność tworzyć zdjęcia.

No to teraz do rzeczy i dzielę się czym prędzej z Wami tą moją morską opowieścią. Przedstawiam Sealky!


Sealky to wygodny i prosty, lekko poszerzany sweterek, ozdobiony uroczymi falbankami, które spływają delikatnie po bokach i opływają biodra. Jest dziewczęco i zwiewnie!
 

A w tle Ustecka zachodnia plaża i jeszcze nietknięte w tym roku niczyją stopą wydmy. Mimo chmur było bardzo przyjemnie i nic a nic nie zmarzłam. Nawet nogi pomoczyłam w majowym morzu. Wiatr wiał na tyle, by móc rozwiać włos, ale całość sprawia niezwykle spokojne wrażenie, prawda?

Przepadłam na rzecz falbanek! Moje nowe odkrycie i niestety zobaczycie je jeszcze nie raz bo po prostu muszę mieć ich więcej! :)

Wykończenia są delikatne i nienachalne, nie chciałam by odwracały uwagę. Rękawy sięgają troszkę za łokieć - lubię tę długość, bo jest wygodna (rękaw nie podciąga się) i pasuje do większości lekkich sweterków. Myślę, że Sealky dobrze wypada w parze z dopasowanymi spodniami czy spódnicą.
Tył ozdobiony jest małymi guziczkami - w moim przypadku z masy perłowej. Po za tym... nie wiem czy zwróciliście uwagę na kolor! Niebieski jest! Marzena wydziergała coś niebieskiego! Ale to wszystko przez to farbowanie, bo to nie jest klasyczny błękit, ale mocno przydymiony kolor, elegancki i bardzo neutralny. Dziergałam z Fino od Julie Asselin w kolorze Dapple Grey. Zużyłam prawie trzy motki (około 1080 metrów). Dziergałam na ciut większych drutach przez co uzyskałam lejącą, zwiewną tkaninę, która robi to co w Sealky powinna - faluje!
Wzór na Sealky właśnie został opublikowany i jest dostępny w języku angielskim i polskim. Wzór dostępny na Ravelry oraz na Chmurce - klik! klik!

Testowanie tego projektu było prawdziwą przyjemnością, zwłaszcza dla moich oczu. Większość testerek wydziergała swoje wersje w ekspresowym czasie, aż zaczęłam być zazdrosna :) Jakby tego było mało, kolory i bazy wybrały przepiękne... jest dużo słodyczy, elegancji i stylu. Naprawdę musicie zobaczyć sami! Rasowe testerki, bez krzty przesady. Dziewczyny wysyłam uściski! Dziękuję Wam! 
Miałam przyjemność nawet obfotografować dwie wrocławskie wersje i przy okazji napatrzeć się i napodziwiać. Lećcie pooglądać! (dajcie im chwilkę na dodanie projektów!)



Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

wtorek, 23 maja 2017

Majula

Nie wiem jaki dla Was ma wydźwięk ta nazwa, ale moim zdaniem idealnie pasuje do romantycznego projektu. Brzmi jak nie z tego świata i co więcej ona jest nie z tego świata! Oryginalna Majula to miejsce w świecie, które nie ma co prawda nic z romantyczności (wiecie, świat nieumarłych i takie tam:)), ale sama Majula kojarzy mi się całkowicie odmiennie, z miejscem cichym, eterycznym i tajemniczym. Dla zainteresowanych: klik!

Pomysł na ten projekt przyszedł do mnie, jak większość z resztą, niespodziewanie i mimo, że już zaczęłam planować i rozpisywać projekt na tę włóczkę, zmieniłam zdanie bez zastanowienia i pozwoliłam rządzić mojej wyobraźni. I wcale nie żałuję. 

W zasadzie pomysł na sesję wydał mi się oczywisty - Majula leży nad skalistym klifem, a w tle świeci nisko zachodzące słońce. A że akurat planowaliśmy jechać do Ustki to miałam zamiar wykorzystać nasze klify, może i nie skaliste, ale równie piękne. Oczywiście wymagany był również zachód słońca. Udało mi się skończyć projekt akurat na wyjazd! A tu klapa. To w ogóle nie było to, nie zmuszaliśmy się więc do fotografowania i po prostu odpuściliśmy, planując sesję jak tylko wrócimy do domu.

Tydzień był dość pracowity, a weekend jeszcze bardziej, więc dopiero wczoraj udało się uwiecznić Majulę na zdjęciach. Wybraliśmy w tym celu bardzo tajemnicze, opuszczone i romantyczne miejsce, co prawda pełne pokrzyw i komarów, które zjadły Mateusza, ale jednak romantyczne :)

Oto nasz duet, czyli Majula i stary pałacyk w Stoszycach:

Sweterek jest szeroki i zwiewny, wiecie już, że to moja ulubiona forma. Dekolt i rękawy są bardzo proste, by nie odwracać uwagi od moim zdaniem najważniejszego! Misternej ażurowej bordiury wykończonej mnóstwem słodkich pikotków!

Dzierganie bordiury było czasochłonne. ale tak bardzo satysfakcjonujące, że na pewno nie będzie ona moją ostatnią :) Przerobiłam tysiące oczek, plotąc ten ażur z prawej jak i z lewej strony, w połowie już znając go na pamięć. Mimo wszystko dzierganie i oglądanie/czytanie nie mogło mieć miejsca. Za to podczas dziergania całej Majulowej reszty - jak najbardziej! Cała praca zajęła mi w sumie około 3 tygodnie. Niestety raz musiałam spruć ponad 20 cm, ponieważ zbyt lekkomyślnie zignorowałam jaśniejszy pasek koloru, wmawiając sobie, że przecież rozpłynie się w tym morzu oczek. Nie rozpłynął. Mam za swoje :).


Dekolt jest nie za głęboki, ale i nie przylega bardzo do szyi. Myślę, że jest w sam raz. A wykończyłam go prosto i skromnie,tak by pasował do równie prostych wykończeń rękawów.


Dziergałam z Milis od Julie Asselin w tym jaśniejszym odcieniu Ancient Gold, którego zużyłam niecałe 3 motki. Ten kolor nie jest intensywny, ale ma bardzo ciekawy odcień, który podczas przerabiania nabiera wyrazu! W końcu mam drugi sweterek w jednym z moich ulubionych kolorów!

I jeszcze zbliżenie na bordiurę...
Zdjęcia oczywiście robił Mateusz - jak już wspomniałam, poświęcił się okrutnie i dał zjeść komarom, które jakimś cudem omijały mnie z daleka, czego nie mogę powiedzie o metrowych pokrzywach:)). Obróbką zajęłam się jak zawsze ja, ale tym razem sprawiało mi to jeszcze więcej przyjemności. Zagłębiłam się w nieodkryte przeze mnie rejony photoshopa i dałam upust swoim fantazjom :) Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii!

Pozdrawiam ciepło!
Marzena